sianokosy

łąka w kopy strojna Słowo sianokosy, dla mieszczuchów, co nigdy nie uczestniczyli w takich pracach, niewiele pewnie znaczy. Z kolei rolnicy widzą w tym jeden z wielu obowiązków. Dla mnie osobiście to powrót do dzieciństwa.

Do dzisiaj pamiętam przebajeczny aromat świeżo skoszonej trawy, który czułam wychylając się z okna poznańskiej bany (pociągu) dostojnie przemierzającej pola i łąki. Mnie i moją babcię przenosiła ona w bajeczną krainę – do rodziny na wieś, na letnie wakacje.

Od tamtej pory zapach skoszonej trawy już zawsze kojarzył mi się z latem, słońcem, radością i swobodą, a nie z wykaszaniem trawników w mieście, chociaż przez przeszło trzydzieści lat z tego powodu tylko do mnie docierał.

Teraz, mając kozy na utrzymaniu, musieliśmy załatwić dla nich sianko. Dobre sianko. Świeże i pachnące.
Sami je będziemy robili! Rwałam się do czekającej nas pracy z uczuciem radości.

Zaczęło się od tego, że dzień na sianokosy wybraliśmy piękny, słoneczny, nawet upalny, bo tylko w taki dzień ścięta trawa szybciutko wyschnie na pachnące sianko.

Wiał lekki wiaterek, który osuszał pot z czoła i zmniejszał wrażenie gorąca.

Oprócz mojego męża, naszego gospodarza – Piotra, i mnie, specjalnie na sianokosy, przyjechał mój brat Artur. Aha, był z nami jeszcze koń Kuba. On jako jedyny miał w tym osobisty interes, gdyż sianko miało być dla kóz i dla niego.

Łąkę udostępnił nam rolnik, który trawę skosił, ale siana nie potrzebował dlatego, że nie trzyma już żadnych zwierząt. Coraz więcej takich na wsi.
Wynajęliśmy maszyny, żeby siano przewrócić, a dalej już ręcznie.

Uzbrojeni w drewniane grabie i w widły do siana, hajda w pole! Siano trzeba było zgrabić w wały, potem w kupki i z tych kupek załadować na wóz, a później zwieść i wrzucić do stodoły. Wszystko zgodnie z krótkim instruktarzem jaki udzielił nam Piotr, gdyż w temacie sianokosów byliśmy prawie tak zieleni jak ta skoszona trawa.

No i poszszszło! Całkiem dobrze.

Czasami tylko Piotr widząc, że robiąc kupki z siana za słabo je ubijam i wiatr może je rozwiać, dowcipnie krzyczał:

- Cycorami ubijaj je, cycorami!

Hmmm, w moim przypadku czynność nie do wykonania, gdyż jak już dużo wcześniej stwierdzili moi dowcipni bracia, biust to jedyne co odziedziczyłam po tacie. No trudno, muszą wystarczyć mi grabie.

Do wieczora uwinęliśmy się ze wszystkim i pomimo, że dzień był długi, a praca nielekka to kolacja smakowała jak nigdy, a w sen zapadliśmy nie wiadomo kiedy.

Żałuję bardzo, że jeszcze tylko trzy razy organizowaliśmy takie sianokosy zanim, z wielu przyczyn, przeszliśmy na kupowanie gotowego siana w kostkach.

W tych późniejszych sianokosach brała udział nawet większa grupa ludzi. Rozeszło się, że to fajny sposób na aktywne spędzenie czasu. Dorośli pracowali, a dzieci ganiały się po łące i chowały w sianie. Co jakiś czas siadaliśmy w cieniu drzew, albo rzucaliśmy się na kupki siana i odpoczywaliśmy. Opowiadało się wtedy jakieś śmieszne kawały, albo różne anegdoty z życia. Czasami potrzebnego do pracy sprzętu było mniej niż ludzi.

Pierwsza do grabi rwała się zawsze moja mama, która nie przyjmowała tłumaczeń:

- Mamo zostaw. Odpocznij trochę. Nie męcz się tak, są inni.

Prawdą jest, że radziła sobie znakomicie! Może to jakaś nowa sianoterapia?

Dam głowę, że jeszcze teraz na hasło sianokosy uśmiechnęła by się z zachwytem. Tak samo nasz syn.

Pierwsze sianokosy świadomie zatailiśmy przed nim wiedząc, że będzie chciał pomagać, a ze względu na zdrowie musi na siebie bardzo uważać. Przy następnych jednak już nie pozwolił się pominąć.

Miał za zadanie obsługę fotograficzną całej imprezy, ale on tak i tak łapał za grabie.

LiniSemen

Posted by LiniSemen On Lipiec - 2 - 2006 Krzyki i szepty

Masaż i dietetyka, Nowa Sól | Wirtualny dietetyk, e-dietetyk | Sklep z rękodziełem, papierowąwikliną, ekowyrobami