Zaczęło się od tego, że mój mąż kupił dwie trzymiesięczne kózki, Muszelkę i Nutkę. Kózki miały być samodzielne i oswojone z ludźmi. Do tej pory żyły w dużym stadzie wypasanym na łące przez pastucha i psy. Na noc, do spania, zaganiano je do koziarni. Chociaż od dawna jadły już samodzielnie, to lubiły jeszcze podoić swoją mamę. Właścicielka uznała jednak, że bez krzywdy dla nich, można je już sprzedać. Przygotowaliśmy im stajenkę i mąż pojechał po kozy. Od pierwszej chwili okazało się, że łatwo nie będzie. Kózki zachowywały się tak jakby nigdy nie spotkały człowieka! Kilka dni temu razem z moim bratem Arturem, ganialiśmy dookoła podwórka za Nutką, gdy ta uciekła ze stajenki, a my baliśmy się, że wyskoczy przez płot na drogę pod samochody, albo że zaatakują ją włóczące się luzem psy. Ona, nie rozumiejąc, że chcemy ją ocalić od nieszczęścia, jak oszalała ganiała wśród kur, kaczek i wystraszonego zamieszaniem Kuby, starego wałacha, który zażywał właśnie spaceru. W końcu na placu boju został tylko mój brat i cały zwierzyniec. - Ja odpadam. Więcej nie dam rady! Ledwo wysapałam. Artur nie poddał się. Rozwijając, w porywach, prędkość małego fiata pokonał bestię i zagonił Nutkę do stajenki. -Jeszcze jedna runda i chyba bym padł! Wysapał mój kochany, trzydziestokilkuletni braciszek, cały czerwony, spocony i doprowadzony prawie do stanu przedzawałowego. Momentalnie jednak zbladł,... Czytaj więcej→