malo-nas-malo-nas-do-jedzenia-chleba
Próba sił

Zaledwie dwa miesiące po kupieniu Muszelki i Nutki i dostaniu Cypisa, mój mąż przyszedł do domu z wiadomością, że niedaleko nas, pewien pan ma do sprzedania młodego capka.

- Słyszałem, że to cudo nie capek.

Spróbowałam udawać, że nie słyszę, no bo gdzie niby miałby ten capek zamieszkać? Z nami w mieście?

- Nie trzeba daleko po niego jeździć.

Cisza. Nadal nie reaguję. Ciągle mam w pamięci problemy jakie mięliśmy z Nutką i Muszelką.

- No i tak jak nasze pozostałe kozy jest z ozdobnej rasy, chyba z alpejskiej pomieszanej z szetlandzką.

No, tu to chyba przesadził?! Coś takiego w ogóle istnieje!?

- Rozmawiałem wstępnie z Piotrem i on mówi, że capek mógłby mieszkać z kozami. Jest jeszcze młody, ma jakieś cztery miesiące i nie tak szybko zacznie się do nich zalecać.

Trudno, mój zdrowy rozsądek musi ustąpić. Skoro będzie miał gdzie spać, jeść też będzie co, bo dopiero niedawno skończyliśmy nasze pierwsze sianokosy, no to hmmm, może?  Dlaczego nie?

Jak tylko mój mąż wyczuł, że zaczynam się wahać, to zgodnie z zasadą „kuj żelazo póki gorące”, przystąpił do działania.

Pojechaliśmy obejrzeć to cudko. Na miejscu okazało się, że są nawet dwa cudka- zresztą braciszkowie, po jednym ojcu, a różnych matkach.

Ten drugi wydał mi się nawet ładniejszy, bo trójkolorowy. W dwóch odcieniach brązu plus biały.

Co do rasy, to pozostało zaufać, że właściciel wie co mówi.

Obydwa capki zaprezentowały się nam pięknie biegając i dokazując na wybiegu pomiędzy innymi kozami.

Apetyty im dopisywały, z naszych rąk zajadały chlebek, a dodatkowo jeszcze paluszki i chrupki, gdyż tak ich rozpuścili właściciele.

I mąż osiągnął więcej niż zamierzał.

Rozum mi odebrało i zaczęłam go przekonywać:

- Musimy kupić obydwa capki, bo przecież nie można rozdzielać rodzeństwa. Jeżeli znajdzie się miejsce dla jednego to i dla drugiego też.

No, przecież nie byli wiele więksi niż pies średniej rasy! I chociaż widziałam ich tatusia,  wielkiego capa z olbrzymimi rogami, to jakoś nie docierało do mnie, że kiedyś synowie staną się podobni do ojca.

Na moje prośby mąż zgodził się od razu, zero oporu.

Trochę dziwne. Pytam więc:

- Kochanie? Ty wiedziałeś, że są dwa capki?

- Ależ skąd!

I uśmiecha się.

Teraz trzeba tylko wybrańców złapać i jazda do domu, zanim stracę głowę jeszcze i dla pięknego łaciatego źrebaczka i małej tłuściutkiej świnki wietnamskiej (wszystko od ręki do kupienia). Mój mąż, z Piotrem i właścicielem zwierzaków, odrobili stosowną liczbę okrążeń, biegając za capkami po wybiegu. Najpierw złapali Szafira, tego mniej barwnego- jaśniejszego. Imię dostał od razu, gdyż jego kolor skojarzył się Piotrowi z nazwą klasy skórek z nutrii. Piotr nutrie hoduje, to się na tym zna. Szafir, jak tylko trafił do kojca, to zaczął się drzeć takim przeraźliwym głosem, że skóra mi ścierpła.

Uspokoił się dopiero widząc obok siebie swojego brata.

Hałasy te wywabiły z domu dwóch małych chłopców. Młodszy z nich podszedł do mnie i ze łzami w oczach zapytał:

- Ale pani ich nie zabije i nie zje, co?

Mowę mi odebrało. Nawet przez chwilkę nie widziałam w tych zwierzakach coś co można zjeść! Raczej małych rozrabiaków, urwisów oddanych teraz pod naszą opiekę.

- Nie płacz kochanie. Brr.. co za straszny pomysł! Oni u nas będą mieli tak samo dobrze jak  mieli tutaj. Czekają na nich już inne kozy, z którymi będą się bawić.

Szybko uspokoiłam chłopców.

Capki przywieźliśmy do zagrody Piotra. Nikt już tam nie mieszka, tylko Piotr trzyma tam trochę zwierząt. Nam pozwolił dokwaterować kozy i kury.

Kojec z capkami,  stojący na przyczepce samochodowej otworzyliśmy i czekamy co dalej. Nasze kozy, gdy usłyszały obce meczenie, wypadły biegiem zza winkla obory i stanęły jak zauroczone gapiąc się na tych przystojniaków. A było na co patrzeć! Grzyweczki, bródeczki i w ogóle jacyś tacy eleganccy. Widać było, że spodobali się kozom. Pierwsza przywitała się Nutka, ta najbardziej płochliwa.

Wskoczyła do nich do kojca i za chwilkę wyprowadziła ich do Cypisa i Muszelki. Od tej pory wszystkie razem jadły, spały i bawiły się, młodsze bardziej dokazując, a Cypis stosownie do wieku.

Ten trójbarwny dostał imię Rud, na cześć gracza Manchesteru United, Ruuda van Nistelrooya, którym syn był w tym czasie zafascynowany.

W taki oto sposób nasze stadko kóz urosło do sztuk pięciu.  Ani z nich wełny, ani mleka, ale za to morze radości, chociaż nie obyło się i bez smutku.

LiniSemen

Posted by LiniSemen On Lipiec - 19 - 2004 Zwierzaki
cypisowe-wojny
Cypisowe wojny

Gospodarz, z którego uprzejmości korzystaliśmy i trzymaliśmy u niego kozy i ozdobne kurki, ma dwa psy. Jamnika Puzona i kundelka Zygusia.

Obydwa psy nauczone, że są panami podwórka, niczego nie przeczuwając stanęły nagle oko w oko z Cypisem! Nigdy wcześniej nie spotkały czegoś takiego, więc zapewne nawet nie wiedziały co to jest?

Krowę znały. Nawet kiedyś i owszem, obszczekały ją jak należy, a ona tylko łagodnie muczała.
Na końskim ogonie też czasami przejechały się. Chcąc udowodnić Kubie, że to one rządzą na podwórku, czepiały się jego ogona i tak długo nie chciały puścić, aż pan ich nie odgonił.

Myślały więc, że nie ma na nich mocnych! A już na pewno nie ten mały, rogaty cudak, niewiele od nich większy!

I tu się pomyliły!

Jeżeli chodzi o Cypisa, to ona już musiała mieć wcześniejsze starcia z psami. Nie czekając na zaczepkę, sama ruszyła do ataku i tak długo i zawzięcie trykała psy rogami , aż zagoniła je skomlące z powrotem do domu! Stała jeszcze jakiś czas pod progiem i gdy tylko odważyły się wystawić pyski, ona opuszczała łeb i nadstawiała rogi.

Od tego czasu zawsze już trwa wojna między psami i Cypisem, przy czym psy są odważne gdy są razem, w pojedynkę zaś przed nią uciekają. Po jednej i drugiej stronie przybywa obrażeń i blizn. Chyba dopiero przeprowadzka kóz na ich własne podwórko pozwoli zakończyć tę wojnę.

LiniSemen

Posted by LiniSemen On Lipiec - 16 - 2004 Zwierzaki

Masaż i dietetyka, Nowa Sól | Wirtualny dietetyk, e-dietetyk | Sklep z rękodziełem, papierowąwikliną, ekowyrobami