W naszym gospodarstwie pojawili się nowi mieszkańcy. Wczoraj, mąż przywiózł dwie świnki wietnamskie i knurka z rasy świniodzików. Wszystko to młodzież. Przy czym knurek jest ciut starszy i w tej chwili co najmniej cztery razy większy od świnek. A te dwie kruszynki mają może 10 – 15 centymetrów długości. Bardzo boją się nowego otoczenia. Samczyk jest odważniejszy i fuka na nas prawie jak dzik. Panienki chowają się za niego i zaglądają wystraszone. Tam, gdzie się urodziły, były chowane na pół dziko. Gospodarz sypnął raz dziennie jedzenia i latały sobie w dużej gromadzie po sadzie i pobliskim lesie. U nas, tylko wczoraj i dzisiaj, to nie wiem czy nie ze sto razy ktoś co chwilkę do nich zaglądał i zagadywał. Są super atrakcją. Dzisiaj wieczorem było widać, że już mnie nas się boją. Gdy ktoś nadchodzi, to nie uciekają do domku, tylko na moment nieruchomieją, a po chwili już zapominają o intruzie. Wielką frajdą jest obserwować jak zajadają ze smakiem to co im przyszykujemy. Zwłaszcza on ma nieziemski apetyt. Gdzie w takim malutkim osobniku mieści się tyle jedzenia? Dziewczyny, przynajmniej na razie, a to przegryzą kawałeczek jabłuszka, a to drobno pokrojony liść kapusty, a to kawałeczek dyni. Trochę pojedzą, trochę popatrzą, poprzytulają się do niego. A on cały czas coś wyjada i z zadowoleniem chrumka. Musi im trochę matkować, bo cały czas szukają z nim kontaktu. Ciągle są blisko niego. Noc... Czytaj więcej→
Wpisy oznaczone tagiem "Piotr"
Kubę pierwszy raz zobaczyłam jakieś pięć lat temu. Już wtedy był koniem, a właściwie wałachem, w zaawansowanym wieku. Od razu wzbudził we mnie podziw. - Ale potęga. Mógłby zrobić krzywdę, co? Dopytywałam Piotra, właściciela Kuby. - Pewnie tak, ale nie zrobi. Możesz podejść do niego i go pogłaskać. No chodź, nie bój się! Z obawą tak wielką jak sam Kuba, zbliżyłam się do niego na tyle, żeby lekko dotknąć jego boku. Piotr stał przed nim, trzymał go za łeb i łagodnie poklepywał po pysku. - No widzisz jaki baranek. Baranek rzucił lekko łbem i spojrzał na mnie do tyłu pięknym wielkim okiem. Tupnął dla żartu kopytem i… błyskawicznie odsunęłam się na bezpieczną odległość. I nasze dalsze kontakty takie już zostały. Na odległość. Któregoś lata, gdy Piotr jeździł do pracy, to ja Kubusiowi dawałam, w południe , wodę do picia i jakiegoś buraczka pastewnego do przegryzienia. Kubuś sam pilnował, żeby go południowa przekąska nie minęła. Po prostu o stałej godzinie rżał, a że my po sąsiedzku, to był dla mnie znak, że już pora. Buraczki przygotowane przez pana wrzucałam mu z daleka do koryta, a wodę w wiadrze podsuwałam jak najbliżej jego pyska w czasie, gdy on był zajęty chrupaniem przekąski. Końskim zębom nic nie mogło się oprzeć! Wszystko tak tylko chrupało, niezależnie czy był to twardy burak, czy bochenek wysuszonego na kamień chleba. Wyobrażałam sobie moją rękę lub... Czytaj więcej→
Jacuś to był nasz kogut rasy kohen. Ten od kurki Agatki. Właśnie ta parka i druga- Jasiu i Małgosia (rasy silka) były naszymi pierwszymi zwierzętami zakupionymi do mini zoo. Zamieszkały w kurniku Piotra oddzielone od innych kur siatką. Mamy je od jesieni 2003 roku. W następnym roku doczekały się własnej woliery. Stanęła już na naszej ziemi. Zrobił ją mój brat Artur. Od wtedy kury mogły zażywać świeżego powietrza i słońca, a nawet spacerów po działce. Wypuszczaliśmy je poza wolierę, a Strzałka pilnowała, żeby nie niszczyły ogródka. Koheny miały zwyczaj latania po całej działce, a Silki trzymały się w pobliżu woliery. Jacuś z Agatką żyli sobie przykładnie. Ona nawet uratowała mu życie. Dwa razy dochowali się młodych. Z drugiego lęgu zostawiliśmy im dwie kurki, bo Jacuś miał niezły temperament. Agatce to nie przeszkadzało, tak i tak ona rządziła, a Jacuś wyraźnie ją faworyzował. W zeszłym roku, w maju, Piotr dał mi osiem maleńkich francuskich kaczuszek. Tak maleńkich, że wypożyczył mi też kwokę, która je wysiedziała. Bo wysiedziała je kura, a nie kaczka. Właściwie to nie chciałam kaczek, ale u Piotra był taki na nie urodzaj, że wszystkich i tak by nie utrzymał. Zjadły by go z kretesem, bo taka kacza młodzież to na okrągło musi jeść. I na okrągło brudzi. W sumie nieźle śmierdzą. No cóż. Jedna woliera była pusta, wsadziłam do nich kaczusie i niech sobie rosną. Zaledwie po kilkunastu dniach... Czytaj więcej→
Słowo sianokosy, dla mieszczuchów, co nigdy nie uczestniczyli w takich pracach, niewiele pewnie znaczy. Z kolei rolnicy widzą w tym jeden z wielu obowiązków. Dla mnie osobiście to powrót do dzieciństwa. Do dzisiaj pamiętam przebajeczny aromat świeżo skoszonej trawy, który czułam wychylając się z okna poznańskiej bany (pociągu) dostojnie przemierzającej pola i łąki. Mnie i moją babcię przenosiła ona w bajeczną krainę – do rodziny na wieś, na letnie wakacje. Od tamtej pory zapach skoszonej trawy już zawsze kojarzył mi się z latem, słońcem, radością i swobodą, a nie z wykaszaniem trawników w mieście, chociaż przez przeszło trzydzieści lat z tego powodu tylko do mnie docierał. Teraz, mając kozy na utrzymaniu, musieliśmy załatwić dla nich sianko. Dobre sianko. Świeże i pachnące. Sami je będziemy robili! Rwałam się do czekającej nas pracy z uczuciem radości. Zaczęło się od tego, że dzień na sianokosy wybraliśmy piękny, słoneczny, nawet upalny, bo tylko w taki dzień ścięta trawa szybciutko wyschnie na pachnące sianko. Wiał lekki wiaterek, który osuszał pot z czoła i zmniejszał wrażenie gorąca. Oprócz mojego męża, naszego gospodarza – Piotra, i mnie, specjalnie na sianokosy, przyjechał mój brat Artur. Aha, był z nami jeszcze koń Kuba. On jako jedyny miał w tym osobisty interes, gdyż sianko miało być dla kóz i dla niego. Łąkę udostępnił nam rolnik, który trawę skosił, ale... Czytaj więcej→
Zaledwie dwa miesiące po kupieniu Muszelki i Nutki i dostaniu Cypisa, mój mąż przyszedł do domu z wiadomością, że niedaleko nas, pewien pan ma do sprzedania młodego capka. - Słyszałem, że to cudo nie capek. Spróbowałam udawać, że nie słyszę, no bo gdzie niby miałby ten capek zamieszkać? Z nami w mieście? - Nie trzeba daleko po niego jeździć. Cisza. Nadal nie reaguję. Ciągle mam w pamięci problemy jakie mięliśmy z Nutką i Muszelką. - No i tak jak nasze pozostałe kozy jest z ozdobnej rasy, chyba z alpejskiej pomieszanej z szetlandzką. No, tu to chyba przesadził?! Coś takiego w ogóle istnieje!? - Rozmawiałem wstępnie z Piotrem i on mówi, że capek mógłby mieszkać z kozami. Jest jeszcze młody, ma jakieś cztery miesiące i nie tak szybko zacznie się do nich zalecać. Trudno, mój zdrowy rozsądek musi ustąpić. Skoro będzie miał gdzie spać, jeść też będzie co, bo dopiero niedawno skończyliśmy nasze pierwsze sianokosy, no to hmmm, może? Dlaczego nie? Jak tylko mój mąż wyczuł, że zaczynam się wahać, to zgodnie z zasadą „kuj żelazo póki gorące”, przystąpił do działania. Pojechaliśmy obejrzeć to cudko. Na miejscu okazało się, że są nawet dwa cudka- zresztą braciszkowie, po jednym ojcu, a różnych matkach. Ten drugi wydał mi się nawet ładniejszy, bo trójkolorowy. W dwóch odcieniach brązu plus biały. Co do rasy, to pozostało zaufać, że właściciel wie co mówi. Obydwa capki zaprezentowały... Czytaj więcej→