Od parapetówki nie miałam kontaktu z Evą. Mąż też do pracy nie jeździł. Przerwa. Ruszają dopiero w styczniu.
Młodzi chcieli spokojnie przygotować się do pierwszych świąt w nowym domu i do wizyty bociana.
No i bocian przyleciał! W sobotę późnym wieczorem, dziewiętnastego grudnia, Eva urodziła synka. Dwojga imion Adam Dominik. Waga 3780 gram i 60 centymetrów długi. Kawał chłopa! Ale, czy aby dla wszystkich?
Adam przyniósł nam tę radosną nowinę, w niedzielę po południu.
- Gratulacje, nasze serdeczne gratulacje!
Obściskujemy go na zmianę z moim mężem.
- Dzięki, dzięki. Syn. Mały, ale syn.
Trochę dziwnie gada, ale jednak kontaktuje.
- To , co?! Po kieliszeczku, za zdrowie dziecka i jego rodziców?
Proponuje mój mąż i już naleweczkę stawia na stole.
- Chętnie, dziękuję. Dzisiaj już do Evy nie jadę, bo byłem rano. To mogę wypić. I to ja stawiam.
Wyjmuje z teczki butelkę przedniego koniaczku.
- To kiedy odbierasz ich ze szpitala?
- We wtorek. Już za dwa dni.
Czyżbym usłyszała w jego głosie cień smutku?
- Adam, coś ci w domu pomóc przed ich powrotem?
- Nie. Eva wszystko dopięła na ostatni guzik. Wszystko jest gotowe. W zasadzie.
Jakość tak markotnie kończy. Spoglądamy z mężem po sobie, zdziwieni i lekko zaniepokojeni.
- To, o co chodzi? Co się dzieje?
-No, bo on jest taki mały, taka kruszynka.
- Urośnie…
- Przez dwa dni?!
I nie do śmiechu nam było. Mąż wrócił pamięcią do momentu, gdy sam odkrył, że świeżo urodzony syn, to takie coś małego i pomarszczonego, a nie dorosły klon jego osoby. Ja przypomniałam sobie oczy mojego męża wpatrzone w naszego syna, gdy pierwszy raz ujrzał go w szpitalu. A później we mnie…
Mój mąż poklepał Adama po ramionach:
- Zobaczysz, urośnie. Sam nawet nie będziesz wiedział kiedy urośnie. Czasu nie zatrzymasz. Ale, radości czeka cię co niemiara.
- Jak już będzie duży?
- Wtedy też.
W poniedziałek zadzwoniłam do Evy, do szpitala.
Cudny, prześliczny, boski, kochany, kruszynka, drobinka, najpiękniejszy, słodki, aniołek…
To tylko niektóre z przymiotników jakie padały w naszej rozmowie z jej ust. Rozumiałam i podzielałam jej zachwyt. Sama tak przeżywałam cud narodzin własnego dziecka. I w pełni akceptuję, że dla każdej matki jej własne jest najpiękniejsze. To jest potęga matczynej miłości.
LiniSemen