sniezny-kot-w-butach

relaks
Uf. Trochę się napracowałam. Dobrze, że miałam pomocnicę.
Dominika jest u babci na feriach zimowych. U babci i cioci, bo to jest maja bratanica.
Mamy z nią fajnie. Na skrzypkach nam pogra. Miała ćwiczyć całe ferie, codziennie po dwie godziny. Ćwiczyła, a w niektóre dni nawet cztery godziny. Dlaczego? Może akustyka u nas dobra?
Na dworze śnieg. Śniegu pełno. Tylko, że wcześniejsze dni, albo nie lepił się, bo zmrożony, albo taki był mróz, że nie sposób wytrzymać na dworze.
Dzisiaj warunki idealne. Napadało trochę świeżego śniegu, mrozu niet, ot tylko lepić bałwana! Taki miałyśmy zamiar. Pierwszą kule doturlałam na miejsce z pomocą męża. Postawiliśmy ją i wyraźnie widzę, że to nie bałwan tylko kot w butach siedzi w tym śniegu zaklęty.
- Dominika robimy kota w butach.
- Kota? A będziemy umiały?
- Jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy!
Po dwóch i pół godzinie już wiedziałyśmy:
- Umiemy! Hip hip hura!
Kot przysiadł sobie na pieńku, też ze śniegu. Popija jakiś kwas chlebowy z bukłaczka. Szabelkę ma przy boku. Piękne wąsy i kapelusz z piórkami.
A, i to co nie widać na tym zdjęciu- piękny ogon. Piękny! Dzieło Dominiki.

Muszę jeszcze wyjaśnić sprawę piór. Na oko widać, że te piórka nie takie jak powinny być. Bajkowy kot miał przy kapeluszu długie, piękne pióra. Ziemię nimi zamiatał przed osobami, którym się kłaniał.
Ja, dla mojego, też takie sobie piórka wymarzyłam. Nawet wiedziałam kto je ma.
Nasz kogut zielononóżek  w ogonie ma takich piórek cały pęk.
Poprosiłam męża, żeby mi takie jedno, jedyne piórko wyciął kogutowi z ogona. A on patrzy na mnie i myśli, że żartuję.
- Kochanie, naprawdę wyrwij mu to jedno piórko.
- Komu? Kogutowi!? A kto mu da radę?!
No tak. Ze smokiem, to by się dla mnie zmierzył.  Na pewno. Ale kogut?  Zbyt realny.
Rano, mój rycerz, przyniósł mi od Piotra pęk piór. Jedno wronie i trzy kacze.
Dobrze, że są, ale rysa na zbroi została.

Ferie kończą się i Dominika dzisiaj wróciła do domu. Szkoda. Po głowie chodzi mi  śnieżny smok.  A taki smok to w połowie składa się z ogona. Może sama zrobię? Dla sprawdzenia, czy umiem. I co zrobiłby mój rycerz, jakby co. Czy broniłby mnie? A może czekałby na roztopy?
Albo prosiłby :
- Smoczuś, nie wybrzydzaj. Wiem, że trochę stara i chuda, no i nie dziewica, ale zajadaj. Wybaw mnie od tego babsztyla.

To może lepiej z tym smokiem się wstrzymam?
Najpierw muszę ugłaskać męża.

LiniSemen

Posted by LiniSemen On Styczeń - 30 - 2010 Krzyki i szepty
stany-sniegiem-zasypalo

relaks

Oj, nasypało w tym roku tego białego zawalidrogi! Nasypało niemało!
Myślę, że nawet dzieciom zbrzydło już to białe szaleństwo, tym bardziej, że na dworze mróz!
W nocy powyżej dwudziestu stopni mrozu, a w dzień tyćkę mniej.  W takie dni najlepiej podziwiać świat z okna. Kto nie musi niech nie wychodzi. Ja w zasadzie nie muszę. Siedzę w ciepełku i coś tam stukam na klawiaturce. Nawet Strzałka wybiera miejsce przy kominku. Ani myśli za panem po działce biegać. Bo pan, niestety musi.  Na ten mróz i poniewierkę.
Zwierzęta trzeba nakarmić. Zapasy z piwnicy Piotra przynieść. Śnieg ze ścieżek odgarnąć. Do sklepu się wyprawić.
Tak. Dzisiaj już nie, ale kilka dni temu, wiejska droga była kompletnie nieprzejezdna. Wyglądało to tak, jakby zapomniano o Stanach w tegorocznych planach odśnieżania.  Mieszkańcy wioski sami próbowali ratować sytuację i ciągali za traktorami jakieś własne ustrojstwa. Chwała im za to. W ten sposób, ci co naprawdę koniecznie musieli dostać się do miasta,  mieli jakąś szansę wydostać się na drogę powiatową.
Z tym odśnieżaniem to dziwna sprawa. Końcem zeszłego roku, gdy śniegu też niemało napadała, to odśnieżano drogę przez Stany, czyli gminną. Zapomniano o tej powiatowej. Początkiem tego roku odśnieżano powiatową, a zapomniano o gminnej. Widać wyraźnie, że coś nie styka na stykach. Mieszkańcom wioski to, tak i tak śnieg w oczy, a lód pod koła!
Ale to twardzi ludzie, nie miejskie pieszczochy i radę sobie dają.
Mają gumofilce(!), kufajki, czapki uszanki i co tam jeszcze komu z dawnych zapasów zostało. O taki ubiór coraz trudniej! Teraz śnieg i mróz w zimie to anomalia. Za moich czasów inaczej bywało…
Mój mąż też stroi się w to wszystko i tylko wtedy daje radę coś na dworze zrobić.
Dwa dni z rzędu, z powodu śniegu,  musiał pieszo maszerować do sklepu. Coś około jednego kilometra w jedną stronę.
Nawet latem, gdy pogoda piękna pieszo nie chodził. Za daleko.
Teraz – śnieg, mróz i wietrzysko. A on musi.
- Psa byś na dwór nie wygoniła, ale męża tak! – Śmieje się do mnie, gdy mówię, że chlebuś się kończy.
Ma rację z tym psem. Chociaż Pagon to cały czas na dworze.
Przed wyjściem sprawdzam czy mąż ciepło opatulony. Upewniam się że najedzony i napity do syta.
- A może coś mrozowego na drogę? Nie? No to z Bogiem!
Jak na wojnę!
I wrócił jak z wojny, z trofeum! Mamy chlebek. I do chlebka. I porcyjki dla Strzałki i Pagona.

Dla uatrakcyjnienia nudnych dni zimowych,  energetyka dodała coś od siebie. Prąd to pojawiał się, to znikał, aż można było dostać bzika. Zaczęło się w noc sylwestrową i z przerwami trwało prawie trzy tygodnie. Nie, żeby na długo! Ot tak, żeby tylko nieźle wkur…
Z tym prądem to tak jest. Jak nie mróz, to śnieg, lub deszcz, albo wichura, aa jeszcze upały.
Co to mnie obchodzi?! Dajcie linie w ziemię i już. Ceny w górę, usługa w dół.
Dwa lata temu wydano kupę pieniędzy na wymianę słupów i całej trakcji prowadzącej do naszej wioski. Po co?
Ja rozumiem, że ekstremalne sytuacje pogodowe mogą być przyczyną utrudnienia dostawy prądu, ale…  XXI wiek, komputery, głowy coraz bardziej twórcze… może pora z tego korzystać, a nie bazować na uprawnieniach monopolisty? I nie wszystko wypada upychać pod pojęcie ekstremy.  Starczy narzekania. Prąd na razie jest, a świat się zmienia…

W lesie leży taka gruba warstwa śniegu, że nie da rady spacerować po nim. Wiem, bo wybrałam się któregoś dnia na spacer z Dominiką i ze Strzałką i musiałyśmy zawrócić. Zapadałyśmy się do pół łydki i po kilkudziesięciu krokach odechciało nam się takiego spaceru.
Już na obrzeżach lasu widać, że zwierzęta też mają problem ze śniegiem. Całą żywność przykryła biała kołderka grubości 30 i więcej centymetrów. Próbują to rozkopywać. I widać, że wiele tropów prowadzi w stronę wioski. Przy ludzkich osadach liczą na łatwiejsze znalezienie jedzenia. To dlatego tak psy po nocach ujadają! Ślady sarenek dochodząć wręcz pod nasz płot. A wczoraj, mąż gościł na działce całe stadko kuropatw. Jedna była bardzo poraniona, pewnie przez psy, i niestety zdechła. Reszta najadła się i potruchtała gdzieś w swoją strone. Może jeszcze tutaj wrócą, wiedząc że czeka na nie  zboże?

Nie wiem jak inni, ale ja z utęsknieniem czekam na wiosnę.

LiniSemen

Posted by LiniSemen On Styczeń - 25 - 2010 Krzyki i szepty
krol-gucioslaw-pierwszy

Mili goście
Dzisiaj z wizytą wpadł do nas Guciu.
Tak naprawdę, to z wizytą przyszła Pysia. Ona jednak nigdzie sama, bez Gucia,  nie chodzi, no to stawili się razem.
Dawno już nie widziałam małego łobuza. Tylko z opowiadań mojego męża wiedziałam, co tam u niego nowego. I nie spodziewałam się, że on tak urósł!  Już wtedy, jak oddawaliśmy go Pysi, latem zeszłego roku, to był kawał psa!
Teraz, to jego własna rodzona matka, podobno rasowa sarenka, byłaby w szoku. Długi jak trzy sarenki razem wzięte!
A może podobny do tatusia i sarenka wcale nie byłaby zdziwiona?

Pamiętam, jak trafił do nas, a Ania mówiła, że on jest z malutkich piesków. Syn dzisiaj zrobił Guciowi zdjęcia, to się Ania zdziwi jak go na nich zobaczy!
Tak naprawdę to nie ważne jest, czy on jest duży czy mały. Dla Pysi on jest doskonały! Widać wyraźnie, że obydwoje za sobą szaleją! Jaśnie pan Guciu większość czasu spędza u niej na kolankach, albo na łapkach. Ona ciągle go głaszcze i dotyka. A on też non stop ją pilnuje. Pysia przyznała się, że Gutek śpi u niej w łóżku. Jej mama go goni, bo już niejedną poduszkę pogryzł, ale ona zawsze znajdzie sposób na przemycenie go do pokoju. I łobuz króluje tam na całego.

Strzałka nie poznała już Gucia. Zapomniała, że się u nas wychował. Dla niej to teraz jest obcy pies. Obwąchała go zaraz po wejściu do domu i wyraźnie nie była z wizyty zadowolona. Musiałam ją pilnować, gdy Gutek biegał sobie po całym mieszkaniu. Ona cały czas wodziła za nim wzrokiem. Dopiero jak zbliżył się do mnie, to rzuciła się do niego z wyraźną agresją, jakby chciała powiedzieć:
- Wara, to moja pani!
Zazdrośnica jedna.
Zrozumiał i więcej do mnie nie podchodził. Poleciał jeszcze przywitać się z dziadkiem, który wyraźnie ucieszył się na jego widok.  Aha. I z Pagonem. Dziewczyny (Pysia i Dominika), zabrały go na spacer po działce. A Guciu rwał się  na wybieg Pakcia i zaczepiał go szczekaniem. Nadal jest na tyle mały, że mógłby przejść pomiędzy żerdziami. Pysia bała się, że Pagon może go skrzywdzić i trzymała Gutka na rękach, a ten z góry jeszcze bardziej szczekał, bo poczuł się wielkim psem.Nie było rady, trzeba było wracać z nim do domu.

Przy okazji tej wizyty, Strzałka wyjadła wszystkie stare chrupki, które zalegały w jej misce. Do dzisiaj nie bardzo się nimi interesowała, ale teraz jak tylko Guciu wszedł do domu, to ona rzuciła się do jedzenia.   Co to znaczy konkurencja. Wtedy jak razem się chowali, to ona zajadała, aż miło. A teraz znowu dostała długie zęby, jak to określa mój mąż.
Dzisiaj, pożarła wręcz wszystko z miski, z lekka powarkując na Gucia, żeby nie ważył się zbliżyć.
- Strzałka, Jego Wysokość Król Guciosław Pierwszy tylko tak chudo wygląda. On kanapeczkami z polędwiczką jest karmiony i  w nosie ma twoje chrupki! – śmiałam się z mojego łakomczucha. Strzałka jednak wszystko wylizała do czysta i dopiero miskę zostawiła.
Jako, że chrupek już w misce nie było, a gości czymś poczęstować wypada, Guciu dostał kawałeczek kotleta schabowego.
Połowę z kawałeczka przygotowanego dla Strzałki.

Czy warto być chytrusem? Może Strzałka już rozumie, że nie?

LiniSemen

Posted by LiniSemen On Styczeń - 21 - 2010 Zwierzaki
panie-owsiak-larum-graja

wosp2_0 I znowu zagrała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Osiemnasty raz. To jest już ładny kawałek historii.
W styczniu, w dniach gdy orkiestra gra, każdy może poczuć się filantropem.  I tak się czujemy. Nie żałujemy złotóweczek!  Chętnie je wrzucamy do skarbonek i dumnie spacerujemy oklejeni czerwonymi serduszkami.
I to jest piękne! W materialistycznych czasach mamy potrzebę dzielenia się z innymi.

Piękne jest też to, że  przez osiemnaście lat, ciągle ta sama osoba, jest sercem i twarzą całego tego przedsięwzięcia. I co ważniejsze, osobie tej, my Polacy ufamy i ją szanujemy. Mówię o panu Jurku Owsiaku. A tak wielu, w tym czasie, tak bardzo nas rozczarowało! On wręcz przeciwnie. Z roku na rok  zwiększa pulę swoich sympatyków. Co ważne! Przez wszystkie te lata ma świetny kontakt z młodymi. Zawsze, chętnie i bezinteresownie, młodzi ludzie stają u jego boku i urealniają jego pomysły. Nastąpiła już wymiana pokoleniowa, a on ciągle jest wzorem dla młodych.  Jest dla nich autorytetem. Może ich do wielu dobrych rzeczy namówić i w dobrą stronę poprowadzić. A dlaczego? Bo nie moralizuje i poucza, tylko daje pozytywny przykład swoim życiem i swoimi działaniami. Młodzież to docenia.  Takie są moje odczucia, zresztą już od dawna.
Czemu o tym piszę?

Przeglądając pewne papiery, trafiłam na pismo z Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jest to odpowiedź na nasze pismo, wysłane do nich. I wróciła pamięć tamtych czasów: trwoga i szukanie ratunku.

W  2000 roku u syna wykryto chorobę. Jedyny ratunek – przeszczep szpiku.
W tym czasie, w Polsce było niecałe 4 tys. honorowych dawców szpiku. Kilka organizacji i instytucji działało w tym temacie, ale bardziej sobie nawzajem przeszkadzali niż tworzyli efekt synergii. Każdy sobie i każdy w inną stronę.
Na świecie, w sumie dawców ok. 2 mln.
Przeszukiwanie wszystkich światowych rejestrów  wpędza nas w rozpacz:dawcy nie ma.
Trzeba czekać.
Wielu nie doczekało…
Specjaliści zajmujący się tymi tematami twierdzą, że największe prawdopodobieństwo znalezienia osoby o zgodnych genach jest w populacji z bliskiej lokalizacji. Logiczne. Geny przecież nie wiatr sieje.
Nie mogąc bezczynnie czekać, sami organizujemy nabór honorowych dawców. Ogłaszamy akcję w lokalnej prasie. Zgłasza się prawie 200 osób! Mało? Przecież to rezultat tylko jednej akcji! Zasięg ok. 50 tys. ludzi.  I my, organizatorzy, kompletnie nie znane osoby. A przecież, w polskich rejestrach zebrano tylko dwadzieścia razy więcej, a ile lat, pieniędzy i osób wymagało dojście do tego, pożal się Boże, rezultatu?!
Mąż organizuje sponsoring na transport.  Firmy udostępniają nieodpłatnie swoje busy. Wielu sami wozimy swoim autem. Dokąd?  Na badania, do Wrocławia! Jakieś 240km, w obie strony. Tylko tam mają jeszcze fundusze, w innych miejscach już tegoroczne pokończyły się.  A za oknem lipiec dopiero…

Czujemy, że potencjał w narodzie jest olbrzymi! Chętnych mogą być tysiące! Potrzeby jest tylko ktoś, kto nada skali temu działaniu. Bo my, to tak trochę jak: sitem wodę nosił… Efekty będą, ale kiedy?
Z szukaniem zgodnego dawcy, to nie jest tak,  jak z tą igłą w stogu siana. Im więcej siana tym trudniej o efekt. Z dawcą jest wręcz odwrotnie! Im większy stóg, tym większa szansa, że igła się znajdzie.

To wtedy właśnie wpadłam na pomysł napisania do pana Owsiaka.
W swoim piśmie (nie mam już kopi, ale pamięć mi została) prosiłam, żeby zaangażował się w zwiększanie banku dawców szpiku. Chodziło o zwrócenie się do młodych z apelem, żeby zostawali dawcami. O zbiórkę pieniędzy na przeprowadzenie badań. No i chodziło o nadanie skali działaniu. O jego łatwość otwierania ludzkich serc.
Widziałam go w roli tego, który przekona młodych do potrzeby dzielenia się czymś więcej niż tylko pieniędzmi. Sobą.

Odpowiedź od fundacji do wglądu. Miła, ale spychologia.
Takie były czasy i takie realia.

Niedawno, śmierć Agaty Mróz pobudziła miliony Polaków do przemyśleń o transplantacji. Tysiące zaczęło rozważać chęć zostania dawcami. A tylko setki swój zamiar sfinalizowało. Brak funduszy na badania? Utrudnienia w dotarciu do miejscowości, gdzie takie badania robią? Przyczyn pewnie wiele. Czyżby więc nic się w tym temacie od lat nie zmieniło? W Polsce mało co. Naprawdę dziękuję Bogu, że inne kraje i z tym lepiej sobie radzą.
Mojemu synowi w końcu znaleziono dawcę. W zeszłym roku, w rejestrach niemieckich. To była ostatnia chwila dla niego. Doczekał, a ilu odeszło?

I na koniec, ponawiam moją prośba do pana Owsiaka, parafrazując słowa Sienkiewicza:

Dla Boga, panie Owsiak! Larum grają! Trwoga! To, że działo się tak mało, tyle istnień kosztowało!
Dlaczego tematu unikasz? Wolisz patrzeć z boku!? Właśnie Ty?! Gwarancie sukcesu! Bojowniku niestrudzony!  Walcz, jak walczyłeś o spraw miliony! Nie oddawaj pola! Toć dla ciebie rola!
Ty jeden,  żalu i  trwogi możesz zbawić wielu. Wizjonerze! Młodzieży przyjacielu!

Otaczające nas realia ulegają zmianom.
Wtedy:  Nie.
A teraz?
Wasz udział, Fundacjo, na pewno w niczym nie przeszkodzi.

LiniSemen

Posted by LiniSemen On Styczeń - 16 - 2010 Krzyki i szepty
uparty-jak-cap

Osamotniony Pół roku już mija jak Szafir został sam, a my ciągle nie możemy dać sobie z nim radę.
Najpierw, dwa tygodnie po śmierci Ruda, w ogóle nie meczał, nie wychodził ze stajenki i większość dnia leżał ze smutnym wyrazem pyska. Baliśmy się czy i on nie jest chory. Szczęśliwie okazało się, że nie. Jadł mniej niż zawsze, ale jadł. Doszliśmy do wniosku, że on tak przeżywa brak Ruda, z którym był całe swoje życie. Dni mijały, a Szafir był cichutki jak trusia. Jak już wyszedł ze stajenki to podchodził do furtki i tak jakby za kimś wyglądał. Nie chodziło o to, żeby mu przynieść chlebek. Nawet i ten jego przysmak jadł bez dawnego apetytu, ot z grzeczności.

Po dwóch tygodniach zaczął meczeć.Stawał na pieńkach i meczał głośno jedną serię MEEE, a potem nadsłuchiwał.
I znowu. I znowu. I znowu.
Mogło to trwać godzin wiele.
Robił krótkie przerwy na jedzenie i od nowa.
Nasze kozy kompletnie go ignorowały. Zresztą u nich, od śmierci Cypisa, tez było cicho.
Szafirowi odpowiedział w końcu capek sąsiada, zresztą jego potomek. A może Ruda? Trudno ustalić bo jeden i drugi mieli gody z Balbiną, matką capka.
Teraz mieliśmy już duet. Z jednej strony nawoływał Szafir, a z drugiej capek.
Przyszedł okres rui. Meczenie Szafira jeszcze nabrało siły. W różnym czasie dołączały się poszczególne kozy, zależnie od tego która była w rui, i już był niezły chórek.

Pierwsza na gody do Szafira przyszła Balbina. Nawet jej się u niego podobało. Trochę pojadła z paśnika, trochę z korytka, nawet weszła do stajenki. I zgodnie sobie leżeli. Została na noc. Rano sąsiad Balbinę zabrał i Szafir na nowo zaczął się drzeć!
Zdesperowani, po kilku dniach, daliśmy na jego wybieg Tuptusię. Była w rui.
- Młoda koza w pełni sił, a jeszcze nie rodziła. Dla   własnego zdrowia musi chociaż raz być matką.
Tak tłumaczyliśmy sami sobie. Mieliśmy jednak poczucie, że jest to decyzja wymuszona zachowaniem Szafira.
Dla nas więcej kóz to więcej problemów.
Tak do końca nie wiadomo czy gody się odbyły. Tuptusia, po kilku zaledwie minutach, uciekła od amanta! Przecisnęła się między żerdkami i pędem wróciła przez całą działkę, pod własny wybieg, do Muszelki i Rajana.
I znowu Szafir się darł.
Po kilku dniach Muszelka zaczęła mu odpowiadać.
- Skoro już raz podjęliśmy decyzje, że koza może mieć małe, a z Tuptusią to właściwie nie wiadomo…
Muszelka sama poszła do capa.
A tam sama! Ona i całe jej towarzystwo, to znaczy Tuptusia i Rajan, bo za skarby nie chciały jej opuścić. Dopiero przy samej furtce, na wybieg Szafira, udało mi się ich rozdzielić. Strzałka zagoniła Rajana i Tuptusie z powrotem, a Muszelka zaczęła balet. Niby chce wejść, ale może nie. I chciałabym i boję się. Co ona  nabiera chęci, to Szafir jeszcze większej i leci w naszą stronę z mlaskaniem, wywijaniem warg i jęzorem na wierzchu. No to dziewczę się z lekka płoszy i cofa. Ja odganiam Szafira, Muszelka nabiera odwagi i robi kroczki dwa do przodu, a Szafir pędem wraca. Taki niecierpliwy!
W końcu ona weszła, a ja mogłam bramkę zamknąć i iść na kawę. Zakończona rola swatki.
Po godzinie Muszelka stała przy płocie i patrząc w stronę swojego stadka meczała żałośnie, a one jej odpowiadały. Szafir był cicho.
Jasnym było, że koza chce do domu i ani myśli dłużej tu zostać. Jak chciała tak się stało.
Dwa, trzy dni minęły we względnej ciszy i Szafir zaczął na nowo swoją śpiewkę.
Już dawno ruje kozom minęły, a on dalej darł pyszczydło.

Kilka dni temu, mój mąż, doprowadzony do ostateczności, otworzył mu wybieg i powiedział:
- Wyłaź łobuzie! Łaź gdzie chcesz tylko drzewek nie zeżryj bo dostaniemy od pani po łbach.
Szafirowi nie drzewka były w głowie. Pobiegł pędem pod wybieg kóz.  Stanął przy ogrodzeniu i meczał w stronę pana.
- Co miałem robić? Wpuściłem go do środka. I wiesz jaka cisza! Już cały dzień są razem.
Zadowolonym tonem zdawał mi relacje po moim powrocie z Wrocławia.
- A co będzie nocą? Razem w takiej małej stajence? Jeszcze pokaleczy je rogami.
Ja, jak to ja, zamartwiałam się na zapas. W związku z tym, mąż zamknął kozy na noc w stajence, a Szafira próbował przegonić na jego wybieg. Nic z tego. Latał za nim w koło, aż w końcu się zniechęcił. Zostawił go na dworze. Otworzył tylko jak szeroko kozi wybieg i jego wybieg i jego stajenkę.
- Jak zmarznie to wróci do siebie.
Bo na dworze mróz ! Poniżej -10 stopni.
Nie dawało mi spokoju co się dzieje z uparciuchem. Coś koło dwudziestej trzeciej godziny, ubrałam się cieplutko, na nogi gumofilce męża i nie budząc nikogo podreptałam do stajenki Szafira. Na dworze biało od śniegu. Widoczność dobra. W stajence pusto. Szafir sterczy przy wybiegu Pagona i coś tam sobie pomrukują.
Podeszłam do niego, pokonując zaspy śniegu i mówię spokojniutko i słodziutko:
- Szafirku, zamarzniesz tu biedaku. Pożegnaj się z Pagonem i maszeruj do domu. Szybciutko.
Grzecznie? Grzecznie. A ten nic. Podchodzę do niego bliżej, a on w nogi. Ja za nim. I tak lataliśmy od wybiegu Pagona do wejścia na wybieg dla kóz. Pagon przyłączył się do zabawy i szczekał i biegał u siebie jak szalony. Szafir chyba też bawił się na całego. No, nie było mu przynajmniej zimno.
Mniej więcej po półgodzinie przyniosłam chlebek, dla przekupstwa. Nic z tego. Po następnej półgodzinie  poprosiłam Strzałkę o pomoc. Wypadła z domu i od razu wiedziała o co chodzi! Chyba Pagon jej naszczekał. Raban zrobił się całkiem niezły,tym bardziej że rozum mi odebrało i wypuściłam Pagona, naiwnie myśląc, że  mi pomoże. Efekt taki, że psy szczekały jeszcze bardziej, a ja latałam teraz już prawie po całej działce. O dziwo! Szafir ani razu nie biegł w stronę swojej stajenki. Wszędzie tylko nie tam. I w ogóle nie meczał. Biegał po cichutku, bo śnieg tłumił nawet odgłos kopytek. Uciekał na niewielką odległość, stawał, czekał, aż się przybliżę i znowu uciekał. Słychać było tylko psy i moje sapanie i prośby i groźby pod adresem Szafira.
Po północy, dołączył do nas mój mąż. W czym biegał to nie wiem, bo jego gumofilce ja ciągałam po działce. Jeszcze jakieś dwadzieścia minut zażywaliśmy ruchu na świeżym powietrzy i daliśmy sobie spokój.
Pagon na wybieg. Strzałka do domu na kocyk, ja i mąż do łóżka, a Szafir… , a Szafir ma więcej rozumy niż my! Dał sobie radę! Futro na grube. Nie zamarzł, ale i nie wrócił już do swojej stajenki. Ileż w nim asertywności. Wiedział co chce. I w końcu dopiął tego.
Rano, gdy mąż wypuścił pozostałe kozy, Szafir dołączył do nich i teraz już razem jedzą, biegają i śpią. Cisza i zgoda.
Dla mnie słowa “Uparty jak cap!” nabrały osobistego wydźwięku.

LiniSemen

Posted by LiniSemen On Styczeń - 10 - 2010 Zwierzaki

Wieś Stany k. Nowej Soli | Sklep z rękodziełem, papierowąwikliną, ekowyrobami