
Dzisiaj, przy śniadaniu, mąż zdawał mi relację z tego co będzie miał do zrobienia na budowie Evy i Adama.
- Ogrom pracy. Czasu niedużo i nie wiem czy zdążę. Chociaż, oni mają i wersję awaryjną. Chcą dokończyć część domu, tę w której ma być samodzielne mieszkanko dla gosposi, tam się wprowadzić i robić resztę. Ważne, żeby mieli wodę, kanalizację no i ciepło. Z tego co widziałem, to porobiono tam wiele fuszerek. Trzeba to będzie popoprawiać. Nie wszystko już da się naprawić. On deklaruje swoją pomoc, ale jeżeli tak się zna na budowaniu jak na samochodach, to więcej narobi szkód niż pomoże.
- A skąd ty wiesz jak on się zna na samochodach? Coś ci opowiadał?- Pytam zdziwiona.
- Nie musiał. Przecież sami widzieliśmy go w akcji.
Patrzę na męża zdziwiona i nie rozumiem o co mu chodzi.
- Kiedy?
- Nie poznałaś ich? To jest ta para co utknęła na drodze przy rezerwacie bociana. Nie pamiętasz?
Facet rozkręcił pół samochodu szukając przyczyn awarii, a okazało się, że po prostu zabrakło mu paliwa!
- Aa. To oni? Jej wtedy prawie nie widziałam, a on był upaćkany czymś czarnym. Ale, chyba masz rację, rzeczywiście to on. Poznał ciebie? – Dopytuję zaciekawiona.
- Chyba nie. Przynajmniej nic po sobie nie pokazał. No wiesz, on wtedy był bardzo przejęty całym zdarzeniem i widzieliśmy się dosyć krótko. Zresztą trochę czasu już minęło.
- No tak, bo to było jakoś w zeszłym roku, latem? – I oddaję się wspomnieniom.
Był piękny słoneczny dzień. Ktoś powiedział, że w lesie pokazały się grzyby. Letni wysyp. Niedużo, ale…
Mieliśmy wolny dzień i wielką ochotę na spacer po lesie. Mniejsza już o grzyby, bardziej chodziło o ten spacer. Wybraliśmy się do lasu daleko od domu, samochodem. Znamy takie miejsce jeszcze nie zdeptane przez tłumy grzybiarzy. Spacer udał się znakomicie, grzybobranie gorzej. Znaleźliśmy tylko kilka kurek. Mimo wszystko zadowoleni wracaliśmy leśną drogą do domu. No, nie tak do końca leśną, bo w sumie prowadzi ona do malutkiej osady. Naraz, za którymś z zakrętów, zobaczyliśmy samochód z podniesioną maska i młodego mężczyznę, upaćkanego smarami, pochylonego nad silnikiem. W kabinie siedziała jakaś młoda kobieta. Mój mąż zatrzymał się i poszedł zaproponować pomoc. Minęły dwie, najwyżej trzy minuty i wrócił z powrotem. Odpalił silnik i odjechaliśmy.
- Już?- Spytałam zdziwiona. – Sam sobie poradzi?
- Skąd! Nie ma takiej opcji. Poprosił mnie, żebym zadzwonił po pomoc drogową, bo tutaj nie ma zasięgu.
Ujechaliśmy jeszcze kilkaset metrów i mój mąż zaczął się śmiać. Najpierw cicho, a potem rżał pełną piersią. Patrzyłam na niego zdziwiona nic nie rozumiejąc. Kanapki mu zaszkodziły, czy nadmiar świeżego powietrza? Po chwili troszkę się uspokoił i wysapał z przerwami:
- Wiesz…, on rozkręcił wszystko co się dało… a w końcu… w końcu przypomniał sobie, że nie zatankował!
I znowu wybuchnął śmiechem.
No cóż pamięć jest zawodna.
Jak mąż się uspokoił, to przypomniałam mu że i jego pamięć bywała zawodna.
Dawno temu, mieliśmy małego fiata. Maleńki i stareńki. Wiecznie psuł się, a na większości wskaźników lepiej było nie polegać. Nie działały, albo wskazywały błędnie. Na nim to właśnie uczyłam się jazdy samochodem. Nie lubiłam tego wtedy i nie za bardzo lubię dzisiaj. Samochód mnie stresuje, a jazda wymaga pełnej koncentracji. Na początku mojej nauki to był dla mnie horror. Jak już wszystko sobie poustawiałam i dostosowałam do swojego wzrostu, zwalniałam hamulec ręczny i ruszałam. Całą uwagę koncentrowałam już tylko na kierownicy, biegach i szybkościomierzu.
Kiedyś pojechaliśmy z mężem, na boczne drogi, w celu większego “otrzaskania” mnie z samochodem.
- Jedź. Zatrzymaj. Cofnij. Wjedź na ten leśny parking. - Mąż wydawał mi komendy.
Sam, nic mi nie mówiąc, w pewnym momencie, gdy na chwilę zatrzymałam samochód i patrzyłam w lewe lusterko, zaciągnął hamulec ręczny. Jak mi później tłumaczył, żeby mnie sprawdzić. Chwilę w tym miejscu pomarudziliśmy, bo niedaleko przemknęły dwie sarny, no i ruszyłam. Na hamulec nawet nie spojrzałam, a mąż zapomniał o swoim doświadczeniu. I już bez postojów jechaliśmy leśnym duktem do teściów.
Po pewnym czasie w samochodzie zaczęło zalatywać jakby spalenizną. Coraz bardziej. Jakby coś się piekło. Nie zatrzymując się, z obawy że już malucha nie uruchomimy (tak też bywało i to nie jeden raz!), dojechaliśmy na miejsce. Szybkości wielkiej nie rozwijałam, raz że kierowca nietęgi, a dwa drogi dziurawe i wyboiste.
Na podwórku, ja za wajchę hamulca ręcznego, żeby go zaciągnąć, a on już zaciągnięty! W tym samym momencie wróciła pamięć mojemu mężowi.
Męża swojego znam na tyle, żeby wykluczyć premedytację. Dla mnie szczególnie cenna była późniejsza wymiana zdań. Pozwoliła mi odkryć bardzo istotną cechę charakteru mojego męża:
we wszystkich dziedzinach życia jest za równouprawnieniem, ale nie w prowadzeniu samochodu.
Samochód to jest jego zabawka. I tylko jego! On musi dzierżyć kierownicę.
No cóż! Prowadzenie doświadczeń kosztuje. Mojego męża też. Musiał poświęcić trochę pieniędzy (części do malucha nie były drogie) i trochę więcej czasu, bo sam naprawiał. A ja, od wtedy nigdy więcej nie jeżdżę w roli kierowcy. Z nim. Sama tak.
Mąż patrzy na mnie zdziwiony:
- No popatrz, a ja tego w ogóle nie pamiętam! Dawne dzieje, po co to wspominać?
- A po to, że nie tylko hamulec się wtedy tarł, ale i my się docieraliśmy. To wtedy zrozumiałam, że tobie tak zależy na prowadzeniu auta, że z ochotą ustąpiłam ci miejsca i przez te wszystkie lata dałam się wozić jaka pasażerka. Doceniasz to kochanie?
- A ja byłem przekonany, że to wynikało z twojego braku pewności. Jako kierowca.
- Nie, nie kochanie. Z mojego nadmiaru miłości. Jako żona.
i po cichutku, już odwracając głowę:
- I dla świętego spokoju, żeby nie toczyć z tobą ciągle boju.
LiniSemen Zilustrowała Ania, moja synowa.